Książę w kaloszach, czyli co politycy wiedzą o powodzi i dlaczego tak mało

Według dziennikarzy najlepiej wypadł Książę Karol. Na portalu Huffington Post żartowano nawet, że brytyjscy politycy mogliby się od niego uczyć, jak się ubrać  na wizytę w terenach powodziowych. Książe w samodziałowej marynarce ze staromodnymi naszywanymi kieszeniami, z brązowymi wyłogami, w beżowych spodniach wpuszczonych w czarne, sięgające kolan kalosze wyglądał w dotkniętym powodzią Somerset znacznie stosowniej niż politycy. Co najważniejsze, nie wyróżniał się spośród przestraszonych, zmęczonych,  smutnych ludzi, mimo, że jako następca tronu do zalanych miejscowości jechał na platformie ciągnika, siedząc na starej ogrodowej ławce ozdobionej kilkoma bukiecikami kwiatków.

Wyglądało to wszystko niezwyczajnie, ale paradoksalnie bardziej naturalnie niż rozmowy z poszkodowanymi ludźmi Davida Camerona w czarnym, obcisłym polarku i kaloszach, czy v-ce premiera Nicka Clegga w dżinsach, nie mówiąc już o kontrowersyjnym liderze prawicy Nigelu Farage, który w woderach i krawacie brodził po zalanych terenach dając się obfotografowywać, niczym celebryta na czerwonym dywanie. Rewia kaloszy – tak brytyjska prasa podsumowała wizyty polityków na zalanym w lutym tego roku obszarze Somerset.

W tych uszczypliwościach jest sporo racji, ale fakt obecności polityków w miejscu powodzi nie wydaje się niczym dziwnym. Po pierwsze to ich psi obowiązek, bo są odpowiedzialni za takie przygotowanie struktur, prawa, zasad działania i zabezpieczeń technicznych, by katastrofy powodowały możliwie małe skutki. A poza tym zwykła ludzka przyzwoitość nakazuje, by pochylili się nad tragedią ludzi, a mając w ręku władzę, zastanowili, jak można im pomóc. Politycy czują te zobowiązania, więc pojawiają się w miejscach  powodziowych na całym świecie, w każdym kraju, w każdym ustroju… Pamiętam jak przez mgłę w tej roli premiera Jaroszewicza i I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, stojących nieporadnie na wale i bąkających coś o konieczności umieszczania we wnętrzu wałów iłowego rdzenia. Pamiętam też Leszka Millera w 1997 we Wrocławiu, Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego w 2010, ministrów, czy wojewodów, by wymienić tylko ważniejszych.

Co nie znaczy, że politycy wszędzie przy tej okazji robią i mówią to samo. Czytając prasę i oglądając zdjęcia z ostatnich powodzi można zauważyć zasadnicze różnice zachowań między naszymi politykami, a politykami w Anglii, czy USA. Pierwsza tkwi w tym, że polscy politycy pojawiają się w zupełnie innych miejscach, niż tamci. Nasi występują najczęściej na wałach, może dlatego, że w ich pojęciu są one symbolem bezpieczeństwa, pomimo, że większość strat w Polsce spowodowanych dużymi powodziami jest wynikiem przerwań wałów. Ale przekonanie, że wał jest fajny jest tak silnie ugruntowane, że niezależnie czy przyczyną zainteresowania są zbliżające się wybory, czy trwająca walka z powodzią politycy pojawiają się zawsze w tym miejscu. I co robią? W sumie nic szczególnego, wygłaszają jedno z dwóch oświadczeń: jedno mówi, że Polska jest przygotowana do powodzi, drugie, że Polska przygotowana do powodzi nie jest. Czasem dorzucą jakąś uwagę, która ma wyjaśnić dlaczego tak myślą, ale jest ona równie miałka, jak „fachowe” uwagi premiera Jaroszewicza. Po czymś takim ma się przykre wrażenie, że po zejściu z wału każdy z nich z ulgą zanurzy się w innych wymiarach swojej politycznej niekompetencji.

Nie przypominam sobie natomiast bym widział zdjęcia polityków angielskich, czy amerykańskich na wałach, a szczególnie w czasie, kiedy trwa akcja. Oni pojawiają się zawsze po katastrofie, odwiedzając miejsca i zniszczone domy ludzi, których dotknęło nieszczęście. Rozmawiają z nimi, wysłuchują mniej lub bardziej uzasadnionych zarzutów, znoszą cierpliwie agresywną często krytykę – bo to ich obowiązek. Tak zresztą zrobili premier Donald Tusk i szef największej partii opozycyjnej Jarosław Kaczyński po powodzi w 2010 roku.

Na szczęście obecność polityków z górnej półki na wałach w czasie powodzi to rzadkość – gorzej, że wzorzec idzie w dół. Do najbardziej traumatycznych przeżyć zaprzyjaźnionego szefa straży pożarnej w czasie powodzi w 2010 roku należały wizyty pomniejszych polityków, czy średniego szczebla urzędników, generałów i pułkowników. Trzeba było się nimi zajmować, wozić, pokazywać, tłumaczyć, a czasem nawet nakarmić. I nie mógł tego robić nikt inny tylko on – dowódca odcinka. Nie wypadało. Przez te godziny żył z rozdwojeniem jaźni: zarządzał akcją przez gońców i telefon grając jednocześnie rolę uśmiechniętego przewodnika. Po co ci ludzie tam przyjeżdżali? Nietrudno zgadnąć, podejrzewam, że wyłącznie po to, by móc potem opowiadać, że byli, rozmawiali, dotykali, zadawali pytania i sugerowali… Zapewne bardziej empatyczni wyobrażali sobie również, że dodają otuchy słaniającym się na nogach ludziom broniącym wałów i tylko częsty, w przypadku naszej administracji, poziom arogancji nie pozwalał im dostrzec, że przeszkadzają.

Druga istotna różnica to tematy, jakie poruszają politycy w Polsce i innych krajach w trakcie lub zaraz po powodzi. Nasi głównie debatują o tym, że trzeba modernizować i naprawiać wały przeciwpowodziowe – co jest nawet rozsądne. Ale też o tym, że trzeba budować nowe, co już wydaje się być mniej rozsądne zważywszy, że nie dajemy sobie rady z utrzymaniem 8500 km istniejących. Ale takie wątpliwości nie przychodzą politykom do głowy – ich wyobraźnię rozpalają duże inwestycje. Po powodzi w 2010 roku marszałek sejmu Bronisław Komorowski zapowiedział, że trzeba opracować wieloletni plan inwestycyjnych zabezpieczeń hydrotechnicznych i zapewnić mu finansowanie. Poseł Bogusław Liberadzki dodał, że najważniejsze są zbiorniki retencyjne, a jako sponsora wskazał Europejski Fundusz Spójności. Inni politycy powtarzali to jak modlitwę. Modlitwa wydaje się tu być najtrafniejszym słowem, zważywszy, że koszty programów dla górnej i środkowej Wisły to prawie 40 mld złotych, a byliśmy właśnie w 2010 roku w ostrej fazie światowego kryzysu ekonomicznego. To kwota porównywalna z ogromnym długiem budżetowym Polski lub 15 letnim bez mała budżetem Ministerstwa Zdrowia. Ale dżentelmeni, nie tylko nie rozmawiają o pieniądzach, ale jak widać o nich też nie myślą, więc nie studziło to emocji wcale. Atmosfera była tak gorąca, że dał się jej ponieś nawet rozsądny minister spraw wewnętrznych, który w sejmie zapytał: Jaki zbiornik retencyjny chroni dziś Warszawę? Facet miał rację – rzeczywiście żaden. Problem w tym, że nie da się takiego zbudować.

No dobrze – a o czym mówi się w takim razie po powodzi w USA czy w Anglii? W obu krajach duże emocje budzi temat zmian klimatu – politycy uważają, że ostatnie katastrofalne powodzie, zarówno superhuragan Sandy w USA i powódź na terenie Somerset w Anglii są efektem takich zmian. I obwiniają się nawzajem, że przygotowanie kraju do zmian klimatu zostało zaniedbane. Co jeszcze? W USA zaraz po powodzi spowodowanej huraganem Sandy, z inicjatywy Białego Domu powstała Strategia Odbudowy, której głównym celem jest zwiększenie odporności lokalnych społeczności na katastrofy i odbudowywanej infrastruktury tak by w przyszłości straty były mniejsze. W obu krajach przedmiotem poważnej dyskusji jest skuteczność ograniczeń zabudowy na terenach zagrożonych powodziami oraz indywidualne zabezpieczenia budynków przed powodzią. Gubernator New Jersey Chris Christy domaga się zwiększenia budżetu na wykup budynków (bardzo charakterystyczne, że w Polsce nie mówi się wykup, ale wysiedlenia) znajdujących się w strefie często zdarzających się powodzi. W obu krajach przedmiotem sporów są też ubezpieczenia powodziowe, choć filozofia tych ubezpieczeń w USA i Wielkiej Brytanii jest całkowicie odmienna.

Krótko mówiąc, tematy dyskusji i sporów polityków w sprawie powodzi w Polsce i poza nią dzieli większa odległość niż stąd do Księżyca i różnica jest tak znaczna, że gdyby miało dojść do debaty w tej sprawie polskiego i brytyjskiego premiera, to z pewnością nie znaleźliby wspólnego języka.

Na obronę polskich polityków trzeba powiedzieć, że mają dramatycznie słabsze wsparcie środowisk fachowych, niż ich koledzy w USA czy Wielkiej Brytanii. Nie stoją za nimi silne środowiska badawcze, które analizują straty i przyczyny ich powstania, wymyślają metody i analizują ich skuteczność, zastanawiają się nad przyczynami różnych zachowań ludzi wobec katastrof, sposobami wpływania na nich, metodami komunikacji i edukacji itd. itp. Wobec tego administracja wodna w Polsce nie wdraża żadnych nowych rozwiązań, nie testuje ich, nie monitoruje ich skuteczności, a politycy nie wiedzą nawet, że istnieją inne metody przeciwdziałania problemom niż inwestowanie w budowle hydrotechniczne.

Może to właśnie słabość doradców powoduje, że nigdy do nas nie dotarła rewolucja w myśleniu o ochronie przed powodzią, którą w latach pięćdziesiątych poprzedniego wieku zapoczątkował w USA geograf Gilbert White. W swojej pracy doktorskiej zatytułowanej „Adaptacja do powodzi” udowadniał, że strukturalne środki ochrony (głównie wały) przynoszą w wielu przypadkach więcej szkody niż pożytku i wskazywał metody znacznie skuteczniejsze, jak ograniczanie zabudowy, adaptacja do powodzi obiektów i użytkujących ich ludzi. Jego teza „powódź to dzieło Boga, przyczyną strat powodziowych są ludzie” nawołuje z jednej strony do pokory w próbach zatrzymania powodzi – czyli zmagania się z siłami natury, a z drugiej sugeruje, by skupić większą uwagę na błędach, jakie popełniamy na terenach przylegających do rzek. I ta teza, w ostatnich kilkudziesięciu latach przewróciła niemal na całym świecie do góry nogami paradygmat, na którym oparta była tradycyjna filozofia ochrony przed powodzią. Przejawem tego jest obowiązująca od 2007 roku Dyrektywa Powodziowa. U nas niestety ten sposób myślenia praktycznie nie występuje.

Można by na tym skończyć opisywanie różnic, choć jest jeszcze coś, co zawsze budzi we mnie zażenowanie i co tu ukrywać niechęć do polityków – wykorzystywanie katastrof do celów politycznych w postaci czystej – nawet bez listka figowego. Być może, nie da się tego szybko zmienić, bo zależy to od kultury politycznej nas wszystkich, jak również kultury osobistej polityków. Ale pomarzyć przecież można?

W październiku 2012 roku w USA kończyła się trwająca od wielu tygodni kampania prezydencka. Ważyły się losy, kto wygra: Barback Obama, czy jego konkurent Nick Rommey. I wtedy, prawie jak w kinie, niemal na tydzień przed wyborami u wybrzeży USA pojawił się superhuragan Sandy, który w kilka dni zniszczył ponad 300 tysięcy domów w stanach New York i New Jersey. Zginęło wtedy ponad 100 osób, a straty oszacowano na kwotę 50 mld dolarów, czyli tyle co piętnastokrotne straty, jakie spowodowała w Polsce powódź w 2010 roku. Obaj konkurenci przerwali wtedy kampanie – tydzień przed wyborami. Obama umówił się z gubernatorem stanu New Jersey Chrisem Christy – zagorzałym krytykiem demokratów i jego osobiście i razem wsiedli do Air Force One, by odwiedzić ludzi dotkniętych nieszczęściem. Po powrocie Christy powiedział, że prezydentowi należy się uznanie za jego osobiste zaangażowanie w akcję pomocy dla mieszkańców jego stanu. Prezydent dał mi swój numer telefonu i powiedział, że mam dzwonić, jeśli tylko będę czegoś potrzebował. Wiem, że mówił to poważnie – przyznał Christie. Zdaje się, że komitety wyborcze obu partii nie były zadowolone z przychylnych z obu stron wypowiedzi – obawiano się, że mogą wpłynąć na wynik wyborów. Ale obaj panowie uznali, że nie pora na połajanki, czy okładanie się kijami, kiedy setki ludzi opłakują swoich bliskich, a prawie milion jest bez dachu nad głową.

Tak na marginesie – na zdjęciach, na których Obama i Christy witają się na lotnisku przed wylotem na zniszczone przez huragan i powodzie tereny widać wyraźnie, że obaj mają na nogach adidasy: Christy białe, zaś Obama brązowe. Z europejskiej perspektywy patrząc nie wyglądali w nich najlepiej – brytyjskie gumowce są w tym przypadku bardziej sexy. Bardziej nawet niż eleganckie półbuty premiera Tuska, w których ostatnio brnął przez kałuże błota chodząc z mieszkańcami Głuchołaz od domu do domu, od podwórka do podwórka, słuchając ich żalów oraz powstających pod wpływem emocji pomysłów na ochronę przed powodzią. Moda nie ma tu nic do rzeczy – ważniejsze są wizje, których w tej dziedzinie nam brakuje.

Roman Konieczny

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Książę w kaloszach, czyli co politycy wiedzą o powodzi i dlaczego tak mało

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s