O mapach, które nie wiedzą, że są bezuzyteczne

Mapa to świat delikatnie zwinięty w rulon. Ma tę magiczną cechę, że jak go rozprostować, zapalić lampkę i usiąść wygodnie, to można się teleportować w mgnieniu oka dokądkolwiek. W jeden wieczór można rozmawiać z czyścicielem uszu na trawniku w Delhi, bawić się smugami zapachów krążąc wokół sprzedawcy ziół na targu we Francji, przyglądać się wiotkiej Niemce pałaszującej wielką golonkę w niecały kwadrans, a potem usiąść gdziekolwiek w kawiarni i przekomarzać się z myślami przechodzących w pobliżu osób. Nikt tej magii zawartej w mapach nie wyraził lepiej niż Judith Schalansky swoją książką „Atlas wysp odległych”. Opisuje w niej 50 wysp z wszystkich oceanów. Skrótowo, niespiesznie, jakby zakochana w każdej. Wysp, które trudno znaleźć, bo w atlasach nie są większe od kropek, ale działy się tam rzeczy ciekawe, dziwne, czasem straszne lub przynajmniej tajemnicze. Wysp, na których nigdy nie była. Między jej oszczędnymi słowami, rysunkami wysp i kartami tej książki jest miłość do otwartego świata, tej nieogarnionej przestrzeni, w której wszystko jest możliwe.

Judith_Szalansky

Karty książki Judith Schalansky „Atlas wysp odległych”

Judith wychowała się we wschodnich Niemczech, gdzie o wyjazdach mogła tylko marzyć ślęcząc wieczorami nad pełnym map atlasem, który dostała od ojca.

Jednak mapy z rzadka są podnietą do marzeń – to tylko ich wartość dodana. Dla zwykłego śmiertelnika mapa to źródło praktycznych informacji: jak dojechać do celu, co będzie po drodze i jak to daleko. Ich produkcją rządzą potrzeby odbiorców – reguła równie prosta jak podstawa mechaniki płynów, która mówi, że woda zawsze płynie w dół. Te mapy są produkowane dla tych, co ich potrzebują.

Ale między tym obszarem racjonalności i światem magii jest ziemia niczyja, gdzie znaleźć można mapy nie całkiem użyteczne, nie do końca potrzebne lub zupełnie bez sensu. Jest tu na przykład mapa świata z pokolorowanymi krajami, które mają tylko jednego sąsiada, albo mapa stref czasowych w Arktyce, choć nikt tam nie mieszka. Absolutnym hitem jest moim zdaniem mapa USA, na której hrabstwa zostały zakolorowane według liczby popełnianych tam Siedmiu Grzechów Głównych. Boskie – prawda? Ktoś te mapy zrobił. Po co? Z pewnością nie dlatego,
że były potrzebne. Liczył się pomysł i… radość z efektu. 

fajne_mapy

Po lewej mapa USA, na której kolory odzwierciedlają liczbę popełnianych Siedmiu Grzechów Głównych, po prawej mapa świata z zaznaczonymi krajami bez dostępu do morza.

Właśnie w tym między-świecie, można się natknąć na hałdę ponad czterdziestu tysięcy arkuszy polskich map zagrożenia i ryzyka powodziowego wyprodukowanych kilka lat temu, których użyteczność, jakość wykonania i skuteczność komunikacyjna jest co najmniej wątpliwa. Znalazły się tutaj nie dlatego, że nie ma na nich ciekawych informacji, ale dlatego, że decydenci – nazwijmy ich ojcami założycielami ze względu na skalę przedsięwzięcia – nie włożyli odpowiedniego wysiłku, by precyzyjnie zdefiniować, co chcą przez mapy opowiedzieć, komu i w jakim celu. W efekcie większa cześć tego zasobu jest skażona genetycznymi wadami i nie bardzo wiadomo do czego ma służyć.

Mapy zagrożenia i ryzyka powodziowego Polsce

W 2013 roku, dyrektor Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej zgodnie z dyrektywą powodziową Unii Europejskiej udostępnił w Internecie mapy zagrożenia i ryzyka powodziowego. Pierwsze pokazują jak daleko mogą sięgać powodzie małe, średnie i duże. Przyjęto, że małe to takie, które występują średnio raz na 10 lat, średnie raz na 100 lat i duże raz na 500 lat. Na mapach widać, jak głęboka będzie w tych strefach woda, a w miastach nawet jej prędkość i kierunki przepływu. Mapy ryzyka pokazują z kolei zagospodarowanie zagrożonych terenów. Można z nich odczytać ile jest budynków mieszkalnych, ile osób tam mieszka, ile jest budynków publicznych, ile obiektów ważnych kulturowo, jakie obiekty mogą zagrozić skażeniem środowiska i wiele innych. Kolorami na mapach zobrazowano wielkości strat, jakie mogą ponieść podmioty gospodarcze, prywatne osoby i Państwo. Opracowane zostały również mapy katastrof wałów w około 200 miejscach w Polsce i mapy obszarów chronionych wałami. Wszystko to w dwóch wersjach: tradycyjnej – na ponad 40 tysiącach arkuszy o skali 1:10 000 – dostępnych przez Internet oraz w wersji cyfrowej (możliwej do obróbki tylko w specjalnych narzędziach GIS) – rozesłanej na dyskach do wszystkich instytucji zajmujących się planowaniem. Brzmi to fascynująco – prawda? Można powiedzieć, że na takie mapy od lat czekali wszyscy, którzy zajmują się ograniczaniem skutków powodzi.

http://mapy.isok.gov.pl

Po lewej mapa zagrożenia, a po prawej mapa ryzyka powodziowego.

Przygotowanie tych map było ogromnym przedsięwzięciem: pracował przy tym tłum ludzi, a całość kosztowała prawie 200 mln złotych, z czego ¾ wydano na przygotowanie niezbędnych i aktualnych informacji stanowiących podstawę map. Trzeba też dodać, że praca była nerwowa, bo zaczęto ją zbyt późno. W efekcie wymagany przez prawo termin nie został dotrzymany. Ale Polacy są zaradni: by nikt nie zauważył wpadki, a Komisja Europejska w szczególności, w grudniu 2013 wrzucono do sieci co było, ostrzegając dyskretnie użytkowników, żeby nie traktowali map zbyt poważnie (czyli ich nie używali), a dopiero w kwietniu 2015 umieszczono tam finalne wersje.

Czego nie dali mapom ojcowie założyciele, czyli wady genetyczne

Mapy powodziowe według ustaleń przedstawicieli wszystkich krajów Unii Europejskiej (w tym Polski) miały zostać opracowane tylko dla obszarów, gdzie występują największe straty powodziowe. Skupienie uwagi na niewielkiej liczbie wybranych obszarów miało gwarantować znaczące obniżenie strat powodziowych w skali kraju przy relatywnie niskich wydatkach z kasy publicznej. Ale ta sugestia nie spotkała się z dobrym odbiorem w Polsce, może dlatego, że skromność unijnej koncepcji była dla naszych ojców innowatorów niemal obraźliwa. Wdrożyliśmy więc inną zasadę: wyznaczono obszary znaczącego zagrożenia powodziowego, ale mapy przygotowano dla całego odcinka rzeki od wybranego obszaru, aż do jej ujścia. Czyli, na przykład, dla Nowego Targu przygotowano mapy nie tylko dla obszaru miasta i okolic, ale również dla pozostałych 200 km Dunajca, aż do ujścia do Wisły. W konsekwencji znacząca część map obejmuje obszary (nieobwałowane), gdzie nie ma ani siedzib ludzkich, ani obiektów publicznych, czy przemysłowych, są za to lasy, pola i łąki. Sens opracowywania map powodziowych dla tych obszarów jest żaden wartość metra kwadratowego upraw jest kilka tysięcy razy niższa niż wartość metra kwadratowego zabudowy mieszkaniowej czy przemysłowej (dane przyjęte przez KZGW do obliczeń). Zapytacie ile jest takich niepotrzebnych arkuszy? Z analiz jakie przeprowadziłem wynika, że jest ich co najmniej 13 tys., czyli około 30% całego zasobu.

porownanie_ramek_waly_bezwalow_bez_zab_przem

Po lewej wszystkie obszary w Polsce, dla których sporządzono mapy powodziowe. Po prawej obszary, gdzie sporządzono mapy, ale nie ma tam ani budynków mieszkalnych, ani przemysłu.

Kolejne dziwactwo wdrożone przez decydentów jest oparte na założeniu, że wały przeciwpowodziowe sięgają do nieba. Jeśli z analiz wychodziło, że któraś z analizowanych powodzi sięgała wyżej niż korona wałów, to i tak przyjmowano, że woda nie przelewa się przez wał. Wciąż mieści się między wałami. Z wyjątkiem regionu gdańskiego, gdzie z niewiadomych powodów zrobiono inaczej. W efekcie mamy kolejnych kilka tysięcy map zagrożenia (cała Wisła, cała Odra i wiele obwałowanych dopływów) pokazujących wodę od wału do wału (niezależnie od wielkości powodzi) i dwa razy tyle map ryzyka pokazujących straty, jakie wystąpią między wałami, czyli tam, gdzie nie można nic budować. Biorąc pod uwagę tylko te obszary, na których nie ma za wałami żadnej zabudowy mieszkaniowej, ni przemysłowej – co bardzo zaniża ich liczbę – jest to kolejne 7 tys. map. Razem z poprzednimi, to 50%, czyli połowa całego zasobu.

panorama

Wisła Środkowa – mapy zalewu dla powodzi różnej wielkości. Od lewej: często występującej (10%), rzadko występującej (1%) i bardzo rzadko występującej – katastrofalnej (0,2%). Wszystkie mieszczą się w wałach.

Dlaczego tak zrobiono – nie wiem. Próbowałem wielokrotnie łączyć się wirtualnie z myślami ojców animatorów, by zrozumieć do czego chcieli użyć tych map, ale nie uzyskałem nic, poza natrętnym obrazem kąśliwego Antoniego Słonimskiego, który mruczał pod nosem: Szanowni Panowie. Wymieniliśmy myśli i czuję, że mam pustkę w głowie.

Może ktoś stwierdzić, że czepiam się, bo takie błędy to naturalny koszt dużych innowacyjnych przedsięwzięć. Więc miast narzekać, powinienem widzieć te szklankę pełną raczej, niż pustą. Problem w tym, że skala bezmyślności ojców wynalazców przy tworzeniu map sięga znacznie głębiej niż dno tej szklanki. I że zrobili wiele, żeby pozostałej połowy też nikt nie używał.

Mapy nie wdrażają się same

Całkiem niedawno z koleżankami, z których jedna na mapach, mimo młodego wieku, „zęby zjadła”, druga podobnie, tyle, że na edukacji powodziowej, prowadziłem szkolenie około czterdziestu pracowników służb kryzysowych z gmin i powiatów województwa małopolskiego. Na pytanie, kto skorzystał z map umieszczonych w Internecie lub otrzymanych na dyskach podniosło ręce dziewięć osób. Czyli trochę ponad 20% uczestników. To sporo, bo na innych spotkaniach nie było ich więcej niż 10%. W czasie zajęć, kiedy uczestnicy zastanawiali się nad wykorzystaniem tych map w planach reagowania na powodzie, przy budowie systemów ostrzegania, czy w edukacji powodziowej czuło się wyraźną do nich rezerwę. Dotąd swoje działania musieli opierać na własnych analizach, lokalnych wywiadach i improwizacji, więc te jakościowo inne informacje budziły w nich sceptycyzm: widzieli w nich zalety, ale nie tak mocne, by uznać je za przydatne w ich pracy.

Spotkanie pokazało, jak wielką mrzonką było przekonanie ojców marzycieli, że mapy powodziowe są skazane na sukces. Oczywiście, że akademicy użyją ich natychmiast, co da efekt w przyszłości, ale nie oznacza wdrożenia map tu i teraz. Wiara, że tak się stanie to brak profesjonalizmu w stanie czystym. Pracownicy administracji samorządowej nie są innowatorami węszącymi kompulsywnie za nowinkami. Wdrożenie „nowego”, w szczególności, gdy dotyczy to bezpieczeństwa ludzi jest realne tylko wtedy, jeśli wymusza je prawo lub skłania do tego jakiś strukturalny autorytet (np. wojewoda). Bo inaczej pierwsza lepsza kontrola może wystrzelić autorów innowacji w kosmos.

W tym kontekście, trzeba kolejne 30% zasobu wyrzucić do kosza. Nie ma bowiem w polskich przepisach prawnych, ani w wytycznych żadnych wskazówek mówiących do czego można, trzeba lub do czego powinno się wykorzystać te mapy. Jedynie dla powodzi, która zdarza się średnio raz na 100 lat istnieją regulacje prawne mówiące o całkowitym zakazie budowy w tej strefie. Ale i ten przepis, przez swój absurdalnie fundamentalny charakter został, po powszechnych protestach samorządów, zawieszony w grudniu 2016 roku. Więc jest, ale jakby go nie było. Map obecnie używa się praktycznie tylko do wydawania decyzji administracyjnych.

Dla kogo są więc mapy w Internecie?

Nigdzie tego nie napisano wprost, ale fakt, że wszystkie instytucje dostały mapy zawierające więcej informacji, niż opublikowane w Internecie oznacza, że zawartość portalu mapy.isok.gov.pl nie była dla nich. Więc dla kogo są te mapy? „…Każdy obywatel według KZGW może sprawdzić, czy zamieszkuje obszar zagrożony powodzią, a jeśli tak, to jak bardzo jest zagrożony.” Trudno o bardziej bałamutne zdanie.

Czy udostępnione mapy mogą być użyteczne dla zwykłych ludzi? Ludzie szukają odpowiedzi na dwa pytania: a) czy tam, gdzie chcą budować lub tam, gdzie mieszkają występuje zagrożenie powodziowe? b) a jeśli występuje, to jak duże? Mapy mogą pomóc odpowiedzieć na oba pytania tylko teoretycznie. Fakt, że pokazujemy ludziom mapy dla trzech różnych powodzi (10%, 1% i 0,2%) bez komentarza i bez informacji, jakie są konsekwencje wyboru którejkolwiek powoduje, że jako podstawa decyzji, stają się one dla ludzi bezużyteczne.

Czy mapy są zrozumiałe? Tu wystarczy skupić uwagę na tekście, który opisuje zawartość map – umieszczonym na portalu http://www.isok.gov.pl. Czy zwykły śmiertelnik zrozumie „wyrafinowany” przekaz zawarty w zdaniu:

Gdy mówimy o obszarach, na których prawdopodobieństwo wystąpienia powodzi wynosi np. 1% (czyli raz na 100 lat), należy przez to rozumieć, że do obliczeń wykorzystano przepływ wody (maksymalny) o wartości prawdopodobieństwa wystąpienia 1%. Przepływy te oblicza się na podstawie wartości maksymalnych przepływów rocznych, obserwowanych w wieloleciu (z co najmniej 30 lat) w danym przekroju wodowskazowym rzeki.

Najlepiej dać ten tekst do przeczytania sąsiadce i zapytać co „o danym” akapicie sądzi. Ja zrobiłem inaczej – wykorzystałem do oceny „czytelności” tekstu, czy raczej jego „mglistości” (tak to nazywają Amerykanie) programu „Jasnopis” opracowanego w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie. Wyniki są jednoznaczne: zrozumienie tekstu o mapach opublikowanego na stronach KZGW wymaga, co najmniej, wyższego wykształcania. A mapy są podobno dla „każdego obywatela”.

Czy mapy są łatwo dostępne? Według mnie, na drodze do interesującej nas mapy jest tyle pułapek, że możemy do niej nie dotrzeć, bo wcześniej wylądujemy u czubków. Zaczynamy od znalezienia swojej miejscowości… Karkołomne zadanie. Wilków pod Kazimierzem Dolnym, którego szukałem znalazłem na pięćdziesiątym piątym miejscu, a wcześniej na liście pojawiły się miejscowości Gunów Wilków, Wilkowa, Nowy Wilków, czyli lista miejscowości bez porządku alfabetycznego. A potem, by dotrzeć do mapy należy jeszcze: znaleźć na ekranie narzędzie do wyboru arkusza mapy, wybrać z ekranu arkusz mapy, potwierdzić numer arkusza, zdecydować, czy interesują nas mapy zagrożenia, czy ryzyka powodziowego, odpowiedzieć na pytanie jaka powódź nas interesuje (o prawdopodobieństwie 0,2%, 1% czy 10%), czy chodzi nam może o scenariusz zniszczenia lub uszkodzenia wału, potem trzeba potwierdzić jeszcze raz, że chodzi nam o zagrożenia, a w końcu potwierdzić, że interesuje nas mapa o określonej nazwie (numerze). I dopiero wtedy jesteśmy u celu. Razem to prawie 10 czynności. Jeśli to narzędzie ma dostarczać informacji zwykłym ludziom, to trzeba sobie wprost powiedzieć, że jest to absolutny bubel.

Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, to nie ma kogo poprosić o pomoc, nie ma gdzie zgłosić uwag, nie ma nawet komu nazłorzeczyć, bo nic takiego, jak telefon czy mail kontaktowy nie istnieje. A normalnemu śmiertelnikowi trudno zgadnąć, że za te mapy odpowiada Krajowy Zarząd Gospodarki Wodnej. Firmuje je bowiem jakiś tajemniczy projekt ISOK. Ukrywanie się za szyldem projektu (skuteczne, bo nikt w Polsce nie mówi mapy KZGW, ale mapy ISOK), pozwala tej instytucji nie poczuwać się do odpowiedzialności za mapy. Co widać gołym okiem, bo od 15 kwietnia 2015 nic się na tych stronach nie zmieniło. W tym czasie angielska Agencja Środowiska kilkakrotnie udoskonaliła strategię udostępniania map w Internecie.

Jak sobie radzą inni?

Mówiąc krótko, ojcowie chiromanci nie tchnęli w opisane przedsięwzięcie mądrości i roztropności. Nie chciało im się nawet zajrzeć przez ramię kolegom z Anglii, USA, czy Francji by, jak mawiają szkolne dzieci „odgapić” od nich rozwiązania.

Czy można inaczej? Oczywiście można. Warto rzucić okiem na strony angielskiej Agencji Środowiska (https://flood-map-for-planning.service.gov.uk/) wyspecjalizowane we wspomaganiu potencjalnych inwestorów. Na początku należy podać adres lub kod pocztowy i natychmiast pojawia się interesująca nas mapa. Potem klika się w działkę, na której chcemy coś budować i wyświetla się nam informacja o stopniu zagrożenia. Od mapy i kluczowej dla nas informacji dzielą nas więc dwa kroki zamiast, jak na stronach KZGW, dziesięciu. System informuje nie tylko o stopniu zagrożenia we wskazanej strefie, ale też o tym, jakie obiekty można w tej strefie budować oraz, co zrobić, jeśli wbrew zaleceniom, usilnie chcemy zbudować coś innego.

mapa_angielska_plan

Fragment angielskiej mapy wykorzystywanej dla informowania, o zasadach inwestowania na terenach zalewowych. Po lewej stronie skrócone tłumaczenie angielskiego tekstu informacyjnego.

System podpowiada również, jak przygotować odpowiednie formularze, by otrzymać zgodę na budowę, gdzie je wysłać oraz, gdzie zadzwonić po poradę.

Jak nie popaść w czarną rozpacz …

Jakie z tego smutnego, jak listopadowy wieczór obrazu płyną wnioski? To, że wodna biurokracja mechanicznie realizuje zadania zapisane w prawie, nie bacząc, czy są one dla kogoś użyteczne, czy nie, jest bezdyskusyjne. Ale dlaczego tak jest? Może dlatego, że nie rozumiemy sensu wytycznych i dyrektyw Unii Europejskiej, bo jesteśmy na innym etapie rozwoju? Zapóźnieni? Trzy kroki za peletonem? A może cały ambaras wynika z chronicznej niechęci polityków (w tym ojców wynalazców) do konsultacji, dyskusji i pracy z ekspertami, więc powstające dzieła bywają bezużyteczne, jeśli nie absurdalne… Tak, jak forsowany obecnie program użeglownienia rzek polskich, czy przekopywania Mierzei Wiślanej? A może wszystko źle działa przez panoszących się autokratycznych szefów instytucji państwowych, których ego bywa większe niż katedra Notre Dame w Paryżu, zaś intelekt niekoniecznie, co blokuje aktywność lepiej wykształconych i doświadczonych pracowników tych instytucji.

Wszystko to prawda, ale trzeba mieć świadomość, że jest znacznie gorzej. Obecna sytuacja to również nasza wina: rzeszy pracowników firm eksperckich lub pracowników nauki, którzy mimo, że na ten temat mamy odmienne opinie niż lobby administracyjno–techniczne, to siedzimy cicho. Bo chcemy być lojalni, bo nie wierzymy we własne siły, albo po prostu nie chcemy zadzierać z tymi, co trzymają kasę. Nie tworzymy więc nawet namiastki alternatywnej rzeczywistości, nie recenzujemy działań administracji – nawet półoficjalnie, nie badamy, czy tworzone prawo jest skuteczne, nie oferujemy alternatywnych propozycji. Z tym coś naprawdę można zrobić.

i zmienić świat

Podsumujmy. Mapy powodziowe, które dostaliśmy, są wykonane równie nieporadnie, jak próby rozkręcenia tramwaju przez mojego 2,5 letniego wnuka. Połowa całego zasobu map jest z założenia całkowicie bezużyteczna, bo dotyczy obszarów, gdzie straty powodziowe będą nieporównywalnie małe w stosunku do obszarów pozostałych. Pozostała jest bezużyteczna, bo nie wiemy do czego może służyć. Ale teoretycznie potencjał tego zasobu jest ogromny. Więc, skoro już mapy powstały i to tak dużym nakładem sił i środków, to z pewnością warto przemyśleć jak je wykorzystać. Nawet te, które wydają się bezużyteczne.

Co w tej sytuacji robić? Byłoby najlepiej, by Krajowy Zarząd i regionalne zarządy gospodarki wodnej dogadały się z wojewódzkimi funduszami ochrony środowiska i zaproponowały gminom i, na przykład, organizacjom pozarządowym dofinansowanie działań, w których mapy powodziowe będą odgrywać istotną rolę. Obojętne, czy będzie to dotyczyło planowania przestrzennego, ograniczeń zabudowy, planu ewakuacji, czy edukacji powodziowej. To byłoby działanie doraźne.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, jak naiwne jest oczekiwanie by administracja wodna z własnej inicjatywy podjęła takie działanie. Jest przecież związana misternym węzłem gordyjskim z lobby instytucji i firm hydrotechnicznych i sama nie potrafi wyjść z zaklętego kręgu twardej inżynierii. Przykładem merytorycznej bezradności tej instytucji jest rozstrzygnięty właśnie przetarg na aktualizację opisywanych map powodziowych. Warunki realizacji zamówienia i terminy ustalono tak, że firma, która wygra przetarg byłaby samobójcą, gdyby z własnej woli zmieniła zasady przygotowania map oraz treści, jakie są na mapach. Trzeba więc mieć świadomość, że przez najbliższe 8 lat będziemy mieli mapy takie, jak dziś, czyli takie jak opisałem wyżej.

To wszystko powoduje, że nie jesteśmy i długo jeszcze nie będziemy przygotowani do powodzi istotnie lepiej niż przed 1997 rokiem. Więc nie ma rady – jeśli chcemy coś zmienić trzeba wejść na ścieżki obywatelskich działań i zacząć zmiany we własnym zakresie: trzeba kontrolować administrację, wzmacniać wiedzą samorządy, lokalnych liderów i organizacje pozarządowe, trzeba pisać artykuły, organizować obywatelskie konferencje i seminaria, namawiać naszych znajomych z innych instytucji na zmianę działania itd. Pachnie to czystym pozytywizmem – wiem. Ale to jedyna droga. Zmiana sposobu myślenia potrwa jakiś czas, i choć po drodze nie czeka nas nic innego, jak krew, pot i łzy to z pewnością nastąpi. Patrząc na to, jak wiele w ostatnich latach się jednak zmieniło, jak wielu pracowników nauki spoza specjalności hydrotechnicznej prowadzi prace badawcze związane z powodziami, ile samorządów podejmuje działania ograniczające skutki powodzi we własnym zakresie, ile organizacji pozarządowych myśli dziś bardziej profesjonalnie od administracji wodnej, to myślę, że przyszłość jest jaśniejsza i bardziej czytelna niż polskie mapy powodziowe sporządzone na szaro-burym podkładzie ortofotomapy – czyli zdjęcia lotniczego.

porownanie_map

Po lewej australijska mapa powodziowa na zwykłym podkładzie kartograficznym, po prawej mapa polska na podkładzie z ortofotomapy.

Tak na marginesie za to ostatnie, czyli za zniszczenie czytelności całego zasobu map chętnie wsadziłbym ojców założycieli do pudła i codziennie po południu kazałbym im przez trzy godziny, co najmniej, odczytywać dane z tych map. Powstrzymuje mnie tylko to, że to straszna i nieludzka kara.

Roman Konieczny

Reklamy

2 uwagi do wpisu “O mapach, które nie wiedzą, że są bezuzyteczne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s