Polska nie poprze kandydatury Gilberta White’a do nagrody Nobla

Kim do cholery jest Gilbert White? To fizyk kwantowy? Nie? Może dramaturg? A może ten chemik od receptorów sprzężonych z białkami, co go opisywali w prasie? Też nie? Będziecie rozczarowani: Gilbert White to amerykański geograf, którego badania, analizy, publikacje i aktywność zmieniły strategię ograniczania skutków powodzi w wielu krajach, na wszystkich prawie kontynentach.

Powódź to dzieło Boga, winę za straty powodziowe zwykle ponoszą ludzie” napisał 70 lat temu. Jego przesłanie, w uproszczeniu, było następujące: Jeśli wyobrażacie sobie, że przy pomocy wałów i zbiorników zlikwidujemy powodzie, to kieruje wami zwykła naiwność. Nie wygrywa się z Panem Bogiem. Powinniśmy się skupić na tym, na co mamy wpływ. Zanim więc ktoś podejmie decyzję o budowaniu na zagrożonych terenach domu, biura, fabryki, czy szpitala powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to konieczne. A jeśli wyjdzie mu, że tak, to powinien odpowiedzieć na kolejne pytanie: co trzeba zrobić by ten obiekt i ludzie, którzy go będą używać byli odporni na skutki powodzi.

Takie słowa pod koniec lat czterdziestych, kiedy w branży wodnej królowała wyłącznie inżynieria były czystą herezją. Nie rozprzestrzeniły się więc po świecie z szybkością wybuchu supernowej. Ale dzisiaj, po 70 latach widać gołym okiem, że prace White’a zmieniły wszystko: najpierw strategię działania administracji USA, a potem strategie wielu innych krajów: Kanady, Australii, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Bangladeszu, Pakistanu itd. Bez tych prac nie byłoby również obecnej europejskiej dyrektywy powodziowej.

Gilbert White dokonał przewrotu w naszym sposobie myślenia o powodzi i dlatego składam jako pierwszy propozycję o przyznanie mu nagrody Nobla. Choć wiem, że Polska tej kandydatury nie poprze. Nie dlatego, że Alfred Nobel nie przewidział nagrody w tej dziedzinie, ale dlatego, że sposób myślenia Gilberta White’a jest nam w Polsce zupełnie obcy. Jego postać również. Nie wierzycie? Wrzućcie jego nazwisko do przeszukiwarki Googla – jeśli ktoś w pierwszej setce wyników znajdzie coś o nim po polsku stawiam koniak. Jedyny tekst – recenzję biografii G.F. White’a napisał prof. Zbigniew Kundzewicz, tyle że po angielsku.

Zaczęło się od działania na szkodę kraju

W 1939 roku w USA na krajowej konferencji poświęconej gospodarowaniu zasobami naturalnymi White – młody jeszcze wtedy człowiek – wystąpił z postulatem, by rząd federalny nie wydawał zgody na budowę zbiorników retencyjnych w stanie Kalifornia, dopóki władze tego stanu nie uchwalą prawa ograniczającego zabudowę na terenach zagrożonych powodzią. Zrobiła się z tego wielka afera, bo trzeba pamiętać, co to były za czasy. Trzy lata wcześniej Kongres uchwalił tzw Flood Control Act (ustawa o sterowaniu powodzią), na mocy którego administracja USA inwestowała miliardy dolarów w wały przeciwpowodziowe i zbiorniki. Rząd dusz w tej dziedzinie sprawował w Ameryce najbardziej techniczny z technicznych – Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych, a inżynierowie wodni byli pupilami mediów i społeczeństwa amerykańskiego – niemal jak współcześni celebryci. Toteż zaraz po wystąpieniu White’a odpowiednia komisja Kongresu nakazała przesłuchanie go pod zarzutem antypaństwowych i antyamerykańskich wypowiedzi.

Fot: Ken Abbott / Natural Hazards Center, University Colorado at Boulder (http://www.colorado.edu/hazards/gfw/)

Fot: Ken Abbott / Natural Hazards Center, University Colorado at Boulder (http://www.colorado.edu/hazards/gfw/)

White się jakoś wybronił, ale jeszcze wiele lat inwestowano w zbiorniki, bez instrumentów prawnych dotyczących terenów zalewowych.

Stereotyp mówiący, że tylko środki techniczne potrafią skutecznie ograniczyć skutki powodzi był tak silny, że każdy, kto nie podzielał tych poglądów był uważany za zdrajcę, odszczepieńca lub w najlepszym przypadku półgłówka, który nie rozumie podstawowych potrzeb społecznych. Ale ten fundamentalizm nie jest tylko amerykańską specyfiką. Trzy lata temu, w zorganizowanej w Sandomierzu dyskusji, poświęconej przygotowaniu do przyszłych powodzi, , wystarczyła uwaga jednego ze znanych działaczy ekologicznych, że destrukcyjna rola bobrów w czasie powodzi w 2010 jest przesadzona, by jeden z przedstawicieli wojewódzkiego zarządu melioracji prawie rzucił się na niego z pięściami. Wykrzykiwał przy tym, że wszyscy ekolodzy utrudniający budowę zbiorników, sprzeciwiający się wycinaniu drzew i strzelaniu do bobrów są odpowiedzialni za straty powodziowe i powinni siedzieć w więzieniu. „Furto niebieska” – chciałoby się krzyknąć w osłupieniu, jak zwykła to robić moja przyjaciółka – przedstawiciel ważnej instytucji wodnej sformułował zarzut identyczny jak postawiony 70 lat wcześniej White-owi. Tyle, że Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych – główny oponent White’a, dzisiaj opiekuje się pieczołowicie jego księgozbiorem, poczytując to sobie za honor i wyróżnienie.

Osiem przykazań Gilberta White’a, czyli powodziowy oktalog

Przełomem stała się praca doktorska White’a zatytułowana „Przystosowanie ludzi do powodzi, geograficzne podejście do powodzi w USA” opublikowana w 1945 roku. Dzisiaj uważana jest za pracę, która wywarła największy wpływ na sposób myślenia o ograniczaniu skutków powodzi i praktykę działania w tej dziedzinie w Ameryce i na świecie.

White zaproponował w niej kilka grup działań.

Należy opóźniać spływ wód opadowych do rzek i potoków w górnych partiach zlewni (poprzez dbałość o zadrzewienia i zakrzaczenia, ochronę oczek wodnych i mokradeł itd.).

Tereny zagrożone powodzią należy użytkować tak, by w przypadku ich zalania straty były możliwie małe (ograniczać zabudowę mieszkaniową, przemysłową itd.).

Obiekty budowane na zagrożonych obszarach powinny być odporne na powodzie – tam, gdzie to możliwe należy je budować na nasypach, z materiałów odpornych na wodę, odpowiednio usytuowane.

Wały, zbiorniki i kanały ulgi należy budować tam, gdzie to ekonomicznie uzasadnione

W czasie powodzi należy chronić domy przy pomocy tymczasowych osłon i przygotować sprawny system ewakuacji ludzi i dobytku.

Należy wprowadzić system ubezpieczeń umożliwiających ubezpieczenie obiektu i dobytku od powodzi oraz stworzyć system pomocy ofiarom powodzi.

Oryginał pracy doktorskiej Gilberta Whitea (www.colorado.edu/hazards/gfw/images/Human_Adj_Floods.pdf)
Oryginał pracy doktorskiej Gilberta Whitea (www.colorado.edu/hazards/gfw/images/Human_Adj_Floods.pdf)

Te sugestie nie wzięły się z sufitu. White zauważył, analizując straty z poprzednich powodzi, że na niektórych obszarach ich skutki są wyraźnie mniejsze, pomimo podobieństwa powodzi, gęstości zaludnienia itd. W terenie okazało się, że na tych obszarach lokalne społeczności, właściciele firm czy instytucje, stosowały różne działania łagodzące skutki powodzi: domy były przygotowane na powódź, rezygnowano z budowy niektórych obiektów, firmy miały precyzyjne plany ewakuacji itd. To „odkrycie” było efektem metody jego pracy – White był wręcz obsesyjnym zwolennikiem sprawdzania wszystkiego w terenie. Może to dziś zabrzmi dziwnie, ale badania terenowe w tej branży nie były rozpowszechnione (podobnie jak w Polsce dzisiaj). Robert Hinshaw – autor biografii Gilberta White’a wykorzystał jego wypowiedź na ten temat jako motto rozdziału zatytułowanego “Bitwa o tereny zalewowe”: „Gdy zapytałem ich czy myśleli kiedykolwiek, by zbadać co stało się na tych terenach w czasie powodzi i skonfrontować  to z  wynikami teoretycznych obliczeń strat, którym chcą zapobiec odpowiedzieli, że nie przyszło im to do głowy…”.

Rewolucje, które trwają dziesięciolecia

Co trzeba zrobić, by przekonać niedowiarków do swoich poglądów, opinii, czy rozwiązań? Wydaje się to proste: trzeba udowodnić ich prawdziwość. Ale proste to nie było. White wykorzystując sieć Międzynarodowego Stowarzyszenia Geograficznego zorganizował specjalne badania w 40 różnych miejscach na świecie (17 krajów) na temat skuteczności stosowanych w praktyce metod łagodzenia skutków powodzi i dodatkowo dziewięciu innych zagrożeń. Wyniki były spektakularne – oszacowano, że gdyby powszechnie stosowano takie metody, to ilość wypadków śmiertelnych spadłaby o 80 – 85%, a wielkość strat od 40 do 50%. Ale czasy były takie, że administracja państwowa miała to w nosie. Wspomniany stereotyp obejmował bowiem przekonanie, że wały i zbiorniki potrafią zmniejszyć straty powodziowe prawie całkowicie. W dodatku, jak wszędzie, raz uruchomiona instytucjonalna machina, obracająca miliardami dolarów, zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi potrafiła się świetnie bronić przed każdym, kto próbował wetknąć patyk w jej szprychy. Trzeba było niemal dziesięciu lat by zwolniła, następnych kilku by usłyszano, że jej koła niemiłosiernie skrzypią i jeszcze kilku, by wyhamowała. W Polsce fakt, że nasza machina przeciwpowodziowa nie daje efektów dostrzegają na razie głownie ekolodzy.

Taki opór występuje zawsze wtedy, kiedy próbuje się zmienić obowiązujące w przestrzeni instytucjonalnej przekonania. Przypomina to wypisz-wymaluj sytuację, jaka zdarzyła się prawie 100 lat wcześniej w Londynie, podczas wielkiej epidemii cholery w Soho. Jeden z londyńskich anestezjologów John Snow próbował dociec przyczyn gwałtownego rozprzestrzeniania się choroby. Będąc miłośnikiem statystyki zrobił mapy umieralności w poszczególnych kwartałach dzielnicy i odkrył, że są takie miejsca gdzie ludzie nie umierają. Okazało się, że nie umierają ludzie, którzy zaopatrują się w wodę z prywatnych studni, a nie z publicznych ujęć z zanieczyszczonych wodą z Tamizy.

Mapa Londynu wykonana przez Johna Snow. Znaczki X wskazują lokalizację pomp ulicznych, kropki przypadki zachorowania na cholerę. Widać wyraźnie, że zachorowania skupiają się wokół tego ujęcia. Źródło: Snow J. Snow on cholera. London: Humphrey Milford: Oxford University Press; 1936.
Mapa Londynu wykonana przez Johna Snow. Znaczki X wskazują lokalizację pomp ulicznych, kropki przypadki zachorowania na cholerę. Widać wyraźnie, że zachorowania skupiają się wokół ujęcia oznaczonego literą A. Źródło: Snow J. Snow on cholera. London: Humphrey Milford: Oxford University Press; 1936.

 Snow przedstawił te wyniki nadzwyczajnej komisji parlamentarnej, proponując pozamykanie publicznych ujęć, ale ta odrzuciła wyniki jego badań jako niedorzeczne i absurdalne. Uważano wtedy bowiem, że przyczyną chorób jest smród – zanieczyszczone powietrze. Głupstwa, jakie wtedy na ten temat wypisywano były niewiarygodne: naczelny lekarz Liverpool informował na przykład parlament: „samą czynnością płuc mieszkańcy Liverpoolu w ciągu jednego dnia powodują, że gruba na metr warstwa powietrza wystarczająca do pokrycia powierzchni miasta staje się niezdatna do oddychania”.

Snow został w dodatku oskarżony o to, że przekupiony przez przedsiębiorców próbuje odciągnąć uwagę od prawdziwego źródła chorób i broni tych, którzy chcą nadal zanieczyszczać powietrze „zakażonymi wyziewami, miazmatami i wołającymi o pomstę do nieba paskudztwami”. Zmarł na udar w wieku 45 lat nie doczekawszy się rehabilitacji wyników swoich badań. A ludzie umierali jeszcze kilkadziesiąt lat zanim następcom Snow’a udało się zmienić mentalność decydentów.

Można powiedzieć, że White miał więcej szczęścia niż John Snow – komisja Kongresu Stanów Zjednoczonych oczyściła go z zarzutów o antyamerykańskie wystąpienia, a w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku coraz więcej ludzi podzielało jego poglądy. W istotny sposób pomógł też fakt, że pomimo ogromnych nakładów na techniczne zabezpieczenia, straty powodziowe rosły. Od uchwalenia Ustawy o sterowaniu powodzią w 1936 roku, w ciągu 30 lat w USA wydano 12 miliardów dolarów na zbiorniki, wały i regulacje, a straty powodziowe nie malały. Wręcz przeciwnie: od 1936 roku do 1958 straty wzrosły o jeden miliard, a do 1972 o ponad dwa miliardy dolarów. To oczywiście nie oznaczało, że budowane zbiorniki i wały nie były skuteczne – nieskuteczna okazała się przyjęta w 1936 roku strategia ograniczania skutków powodzi w USA. Ludzie budowali coraz więcej na terenach zalewowych i nikt, ani nic ich przed tym nie powstrzymywało.

Unikalna oferta amerykańskiej administracji

W 1968 roku wydarzyła się, jak na Amerykę rzecz niezwykła. W tym ultra liberalnym kraju, gdzie do dziś nie ma praktycznie publicznej opieki zdrowotnej, państwo zaoferowało właścicielom domów i firm stosunkowo tanie ubezpieczenie od powodzi. Uznano, że trzeba to zrobić, bo komercyjne firmy ubezpieczeniowe albo wycofują się z terenów zagrożonych powodzią, albo proponują bardzo drogie składki. Kongres USA za czasów prezydenta Lyndona Johnsona powołał więc do życia Krajowy Program Ubezpieczeń Powodziowych, który do dziś jest podstawą strategii ograniczania skutków powodzi w USA. Był to ogromny sukces White’a i coraz większej rzeszy jego zwolenników.

Co w tym programie było niezwykłego? Głownie to, że nie była to jakaś zwykła oferta ubezpieczeniowa, ale program skłaniający zagrożonych właścicieli domów i całe społeczności do przygotowania się do następnych powodzi. Zasady programu były i są następujące: właściciel obiektu może wykupić ubezpieczenie, jeśli władze miejscowości, w której mieszka wpiszą się do Programu Ubezpieczeń Powodziowych. To „wpisanie się” oznacza deklarację, że dla miejscowości przygotowane zostaną dwie rzeczy:

  • wyznaczone zostaną na mapach tereny zagrożone tzw. powodzią „stuletnią”,
  • samorząd wprowadzi regulacje ograniczające budownictwo na tych terenach.

Z założenia program miał prowadzić do ograniczenia ekspansji budownictwa na te tereny, gdzie zdarzają się powodzie.

Początki nie były łatwe, bo administracja państwowa zaczęła go wdrażać po swojemu, wbrew zaleceniom komitetu doradczego, którego uczestnikiem był również White. Arogancja i zadufanie urzędników spowodowały, że po 4 latach od powołania programu przystąpiło do niego zaledwie kilka spośród 20 tys. zagrożonych gmin, a polisy wykupiły 4 osoby. Ale Ameryka jest Ameryką i po kilku korektach obecnie uczestniczy w programie ponad 18 tys. gmin.

Od tamtych lat zasady programu były wielokrotnie modyfikowane i uzupełniane. Obecnie im więcej działań jest podejmowanych przez władze miejscowości, tym mniejsza jest opłata ubezpieczeniowa mieszkańców i większa szansa dla władz na dotacje na te działania. Te działania mogą być różne: budowanie systemów ostrzegania, przygotowanie planów ograniczających skutki powodzi, poprawa odprowadzania wód deszczowych, przygotowanie obiektów do powodzi i wiele innych. Każdy otrzymany za działanie gminy punkt obniża koszt ubezpieczenia domów na jej terenie.

O aktywności Gilberta White’a można pisać wiele – żył długo, prowadząc intensywne życie, zmarł w 2006 mając 95 lat,. Jak napisał jego student Robert Kates: „Gilbert White żył prawie wiek w świecie przyspieszonych zmian: dwóch wojen świtowych i ciągnących się konfliktów, uprzemysłowienia USA, Wielkiego Kryzysu, upadku kolonialnych imperiów, powstania dziesiątków nowych krajów, globalizacji gospodarki i zarządzania oraz lęków o wolność, pokój, rozwój i środowisko naturalne.” Miał wyjątkową umiejętność pracy z ludźmi. Nazywany jest „ojcem gospodarowania na terenach zagrożonych powodziami” oraz „wiodącym geografem środowiskowym XX wieku”. Był profesorem związanym z kilkoma uniwersytetami, kierował wieloma komisjami Amerykańskiej Akademii Nauk. Ponieważ był kwakrem działał intensywnie na rzecz pokoju i równości. Został uhonorowany wieloma amerykańskimi i międzynarodowymi nagrodami i odznaczeniami. Nikt tak trafnie nie scharakteryzował znaczenia badań i idei White’a, jak Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych: „Żaden uczony w XX wieku nie miał większego wpływu na Korpus Inżynieryjny niż on. Czas nie pokonał jego idei, wręcz przeciwnie, świat dopiero teraz dogania to, co White wyartykułował kilkadziesiąt lat temu.”

Prezydent USA Bill Clinton gratuluje Gilbertowi White'owi Medalu Nauki (fot. Ken Abbott / Natural Hazards Center, Colorado University at Boulder, (http://www.colorado.edu/hazards/gfw/honors.html)
Prezydent USA Bill Clinton gratuluje Gilbertowi White’owi Medalu Nauki (fot. Ken Abbott / Natural Hazards Center, CUB, (http://www.colorado.edu/hazards/gfw/honors.html)

Jak nie Nobel to co?

Niezależnie od tego na jakiej mieszkamy półkuli jedną z ważnych reguł życia społecznego jest zasada rewanżu. W tym przypadku można sytuację opisać tak: jeśli White zrobił dla nas tak wiele, to trzeba zadać sobie pytanie, co teraz my możemy zrobić dla White’a?

Pomińmy żart, dotyczący nagrody Nobla. Wynikał on z gorzkiej refleksji, że nic z jego idei, które zakorzeniły się w strategiach wielu krajów do Polski nie dotarło – proponowane przez White’a działania stanowią w polskich planach tylko 3,5% całości. Reszta to zbiorniki, wały i regulacje. Pokazują to wyniki analizy 107 planów przeciwpowodziowych wykonanych po 1997. Ale spróbujmy o tym zapomnieć. Pomińmy również fakt, braku umiejętności współpracy administracji wodnej i większości hydrotechników z kimkolwiek: przyrodnikami, ekonomistami, prawdziwymi planistami, a nawet z samorządami. Uznajmy, że to okres przejściowy, że to minie, że jak śpiewał Wojciech Młynarski „przyjechało smutne miasteczko, ale ono sobie zaraz pojedzie”. Zastanówmy się raczej, jak uczcić tego niezwykłego człowieka. Skutecznie i prosto. Tu i teraz.

Więc co możemy zrobić? Postawić pomnik, albo nazwać jego imieniem ulicę? Można sobie wyobrazić popiersie White’a nad Wisłą od strony Pragi w Warszawie, albo na dziedzińcu Politechniki Krakowskiej. A może powinien być to skwer imienia Gilberta White’a na SGGW w Warszawie, przed Wydziałem Budownictwa i Inżynierii środowiska? Pomysły fajne, ale korzyść z nich niewielka.

Jest jeden prosty sposób, by uczcić tę postać. Nie wymagający konkursów na projekt pomnika, czy zezwoleń rady miasta, nie obciążający też nikogo nieuchronną w Polsce dyskusją, kto był większy: polski Narutowicz, czy amerykański White. Trzeba po prostu postarać się zrozumieć, zaakceptować i powoli wdrażać to, o co przez tyle lat walczył ten człowiek: wykładać jego zasady studentom, publikować prace w fachowych pismach, opowiadać dziennikarzom, wdrażać je w planach – obojętnie jakich: lokalnych, wojewódzkich, krajowych. W tej ostatniej sprawie można zacząć zaraz – od planów zarządzania ryzykiem powodziowym, które właśnie są przygotowywane. Marginalizując w ten sposób jałowe dyskusje na temat tysięcy zbiorników, wałów i regulacji, jakie z uporem godnym lepszej sprawy inicjuje nasza administracja wodna. Nie rozumiejąc i nie czując nawet, jak bardzo są passe.

Roman Konieczny 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s