Kowal zawinił, cygana powiesili, czyli skutki amatorszczyzny w reformowaniu gospodarki wodnej

Dostaję białej gorączki, kiedy z medialnych doniesień wynika, że problemy finansowe Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW) – instytucji, która ostrzega przed katastrofami naturalnymi i zabezpiecza loty cywilne w kraju wzięły się znikąd, a być może powstały na własne życzenie tej instytucji. Pełni troski politycy wstawiają się za IMGW u premiera, minister Jacek Sasin publicznie mówi, że sprawa jest już załatwiona, a minister żeglugi przesyła do sejmu zmodyfikowane Prawo wodne, by tę straszną dla Polaków sytuację naprawić. Pracuję w tej firmie od 40 lat i znam jej słabe strony. Wiem co można tej instytucji zarzucać, w czym jest słaba i za co należałoby jej dokopać. Ale niech mi nikt nie sugeruje, że brak środków, utrata ciągłości finansowej i grupowe zwolnienia są na własne życzenie IMGW. To kłamstwo w stanie czystym – bo problemy Instytutu to skutek amatorskiej reformy gospodarki wodnej w Polsce, jaką nam obecna władza funduje. Będącej wypadkową działań żądnych sukcesu polityków, ale też bezpardonowego parcia na kasę lobby hydrotechnicznego oraz niemoty intelektualnej projektantów reformy.

Czysty biznes – na wodzie

Żeby zrealizować gigantyczne plany użeglownienia polskich rzek rządowi potrzebne są naprawdę duże pieniądze: oficjalnie osiemdziesiąt, a szacuje się, że nawet sto pięćdziesiąt miliardów złotych.

Były wiceminister środowiska Mariusz Gajda (okres ministrowania Jana Szyszki) opracował pomysł jak je zdobyć. Plan dwupunktowy: po pierwsze należy powołać do życia dochodowe przedsiębiorstwo na wzór Lasów Państwowych – bo udowodniły, że potrafią robić interesy, po drugie potraktować wodę jako towar i drogo ja sprzedawać. Co jest na świecie ewenementem. Finansowego mechanizmu nie trzeba było wymyślać, bo wszyscy i tak płacimy za wodę i zrzut ścieków. Ale gdyby te opłaty podwyższyć i przejąć od wojewódzkich funduszy ochrony środowiska i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, to lobby hydrotechniczne, idące z politykami ręka w rękę, dysponowałoby środkami, o jakich dotąd nikt w tej branży nawet nie marzył. Mogłoby wtedy kontynuować betonowanie polskich rzek i to praktycznie bez żadnej społecznej kontroli, bo wydatki przedsiębiorstw, w odróżnieniu od jednostek administracji publicznej kontroli społecznej nie podlegają.

Pomysł się politykom spodobał, chyba nawet bardzo, bo stwarzał szanse na sfinansowanie pomysłu użeglownienia Odry i Wisły. W konsekwencji na przełomie 2015/2016 przygotowano projekt ustawy Prawo Wodne, według którego miało powstać przedsiębiorstwo Państwowe Wody Polskie, z połączenia regionalnych zarządów gospodarki wodnej (czyli administracji rządowej) oraz wojewódzkich zarządów melioracji (podlegających dotąd marszałkom, czyli samorządowi). By zapewnić odpowiedni do żeglugowych planów strumień pieniędzy podwyższono stawki opłat za wodę i ścieki (głównie dla przedsiębiorstw), nie o kilka, czy o kilkanaście procent ale… kilkadziesiąt razy. Wpływy te miały dodatkowo powiększyć nie stosowane dotąd w Polsce opłaty za korzystanie z wody przez rolników oraz za wykorzystywanie jej do celów energetycznych. Można sobie wyobrazić, że autorzy pomysłu byli nim zachwyceni i z pewnością budowali w myślach dziesiątki wielkich stopni, zapór, ostróg, śluz i innych hydrotechnicznych budowli. Tym bardziej, że na sfinansowanie ich ze środków unijnych nie mogli liczyć, bo Unia nie finansuje rozwiązań, które w istotny sposób mogą szkodzić środowisku, a wg zasad obowiązujących w tej organizacji urządzenia żeglugowe do takich szkód prowadzą. Zachwyt autorów ustawy skończył się jednak w momencie, kiedy jej projekt został upubliczniony. Bo wybuchła afera.

duzy_baner_media

Absurdalne ceny, skuteczny protest

Przedstawiciel jednej z firm produkujących napoje wyliczył, że przy proponowanych stawkach maksymalnych wzrost opłat za zrzut ścieków podskoczy mu z 46 tysięcy zł na 20 milionów złotych rocznie. Do czego należałoby dodać jeszcze opłaty za pobieranie wody. Według dyrektora generalnego Polskiej Federacji Producentów Żywności Andrzeja Gantnera dla wielu firm spożywczych tak drastyczna podwyżka kosztów produkcji może spowodować utratę rentowności i bankructwo. Według obliczeń federacji opłata za wodę dla producentów żywności miała wzrastać 20 krotnie, dla producentów napojów 80 krotnie. W konsekwencji przedsiębiorcy zaczęli ostro protestować. Protestowali również rolnicy, właściciele elektrowni, bankructw obawiali się hodowcy ryb (stawy hodowlane). Rząd bronił się argumentem, że stawki opłat to maksymalne granice opłat, ale nikt w to nie wierzył, bo przecież po coś te granice podwyższono. Tłumaczył też, że tego chce Unia Europejska, co było zwykłym kłamstwem, bo według przepisów kraje członkowskie mają dążyć do zrównoważenia opłat z kosztami pozyskania, przygotowania i dostarczenia wody, co nie ma nic wspólnego z robieniem na wodzie interesów. Skala protestu była tak duża, że Premier Szydło w połowie roku 2016 zapewniła publicznie, że rząd rezygnuje z podwyższania opłat. Przynajmniej na chwilę – na dwa lata.

 

baner_rezygnacja

Rewolucja wymaga nowych kadr

Nowe przedsiębiorstwo Wody Polskie powstało późno, bo dopiero w styczniu 2018, a mimo to proces jego tworzenia i pierwsze miesiące działania były kompletnie nieprzygotowane. W materiałach PAP, z początku lutego 2018 można znaleźć wywiad, w którym prezes Wód Polskich skarży się, że marszałkowie nie przekazują mu informacji o obiektach, jakimi zarządzają. Nie przekazują też sprzętu (biurka, szafy, komputery, samochody itd.), który nagle, dzięki uchwalonej przez sejm ustawie stał się własnością administracji rządowej. Z tego wywiadu wprost wynika, że nic wcześniej z samorządem wojewódzkim nie zostało ani uzgodnione, ani przygotowane. Wewnątrz samych Wód Polskich, czego ”z ulicy” nie było widać, dominował chaos absolutny: ludzie miesiącami nie dostawali nowych umów o pracę, na tych samych stanowiskach mieli zupełnie różne pensje, bo przyszli z dwóch rożnych instytucji. To wywołało protesty związków zawodowych  – jeszcze nie tak dawno na murach biur Wód Polskich wisiała informacja o proteście załóg.

Problemem Wód Polskich było wszystko, również zakres kompetencji nowej instytucji oraz brak umów z zewnętrznymi firmami. Ale głównym problemem był… brak środków na działanie. Według wyliczeń samych twórców pomysłu opublikowanych pod koniec grudnia 2017 roku nowa firma startowała w rok 2018 z niedoborem 180 milionów złotych.

Ta ogromna firma, w której pracuje 5500 osób, jest odpowiedzialna za równie wielki zakres prac – generalnie za całą gospodarkę wodną, planowanie, administrowanie wodami i za wszystkie inwestycje w tej branży. Ale nie tylko – finansuje również działanie Państwowej Służby Hydrologiczno Meteorologicznej i Państwowej Służby ds. Kontroli Budowli Piętrzących (obie są częścią Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej). Działania tych służb to z jednej strony cały sektor zbierania, gromadzenia i przetwarzania danych pogodowych, tworzenia prognoz i ostrzeżeń przed zagrożeniami, z drugiej zaś kontrola stanu technicznego i stanu bezpieczeństwa zapór oraz wałów przeciwpowodziowych. Szefowie Wód Polskich, nie umniejszając ich zdolności i doświadczenia, nie mieli większego pojęcia o tych wszystkich sprawach: prezes był dotąd zastępcą dyrektora Departamentu Żeglugi Śródlądowej w Ministerstwie Żeglugi, jeden z v-ce prezesów, odpowiedzialny obecnie za powodzie, pełnił funkcję jednego z zastępców dyrektorów Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Szczecinie. Opiekę nad instytucją sprawuje z ramienia Ministerstwa Żeglugi v-ce minister Anna Moskwa posiadająca trzy fakultety i duże doświadczenie, ale w innych dziedzinach, głównie w zakresie edukacji rozwojowej, rynku pracy, funduszy unijnych i współpracy międzynarodowej. Można oczywiście powiedzieć, że wykształcenie i doświadczenie nie jest najważniejsze i że zdarzają się sytuacje, w których szef z innej rzeczywistości doznaje gwałtownej iluminacji, ale w tym przypadku, ze względu na bardzo specyficzny zakres zadań na takie cuda bym nie liczył.

Przypadek Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej

Przypadek IMGW jest dowodem na to, że cudów nie ma. Choć z drugiej strony fakt, że państwowe służby, będące częścią IMGW, odpowiedzialne za bezpieczeństwo Polski w zakresie zagrożeń naturalnych mają być finansowane przez jakieś przedsiębiorstwo należy traktować, jako zjawisko nadprzyrodzone. Nie mające swojego odpowiednika na świecie. Bo to tak, jakby Główny Urząd Statystyczny był finansowany przez KGHM Polska Miedź S.A., a Państwowa Inspekcja Sanitarno Epidemiologiczna przez PKN Orlen.

Dowodem na to, że IMGW to obce ciało w strukturze państwowego przedsiębiorstwa był fakt, że Wody Polskie od początku nie miały środków na działanie IMGW i wobec własnych problemów nawet nie miały siły tych środków szukać. Dyrekcja IMGW robiła więc co mogła, łącznie z desperackimi próbami szantażu. Już w połowie roku groziła wstrzymaniem wykonywania prognoz i obsługi lotnictwa, bo tylko w ten sposób dało się doprowadzić do wyszarpania od Wód Polskich środków na działanie firmy. Sprawę kłopotów IMGW utrzymywano w tajemnicy, ale kiedy stało się to faktem medialnym w lipcu 2018, rozwścieczony ministerialny nadzór zrobił to co robią politycy, aby odsunąć od siebie odpowiedzialność – w trybie nagłym wyrzucił z pracy dyrektora IMGW. Rano uczestniczył jeszcze w rozmowach z Panią Minister – miały być kontynuowane po południu, ale zamiast kontynuacji dostał wypowiedzenie. Jego następcą została Pani Joanna Szczepańska, pracująca w firmie od dwóch lat. Trudno coś powiedzieć o jej wykształceniu, bo takich informacji nigdzie nie da się znaleźć, wiadomo tylko, że była wcześniej szefem biura politycznego ministra Szyszki.

Można się domyślać, że między panią minister a panią dyrektor nawiązała się pewna komitywa w sprawie rozwiązania problemu braku środków na IMGW. Opcje były proste: znaleźć wymagane przez IMGW środki – co trudne, bo plany żeglugowe są ważniejsze, albo drastycznie zredukować koszty działania IMGW. Wybrano oba rozwiązania.

Naprawianie zegarka kijem bejsbolowym

Zespół IMGW to elitarna – wysoko wyspecjalizowana grupa profesjonalistów: pracująca na najszybszych po wojsku komputerach na świecie, używająca najnowszych technologii satelitarnych, sieci radarów i wykrywaczy burz. Prognozy wymagają umiejętności obsługi wyrafinowanych modeli zjawisk zachodzących w atmosferze w skali dużego fragmentu Europy. A dotyczy to największych i najgroźniejszych zdarzeń pogodowych, takich jak huragany, powodzie, fale gorąca itd. Ludzie, którzy to wszystko obsługują muszą mieć zapewnioną dużą samodzielność i silne poczucie podmiotowości, by mogli, a przede wszystkim chcieli nadążać za światowymi zmianami w zakresie metodyki i technologii wspierającej opracowywanie prognoz.

Jedną z bardziej pożądanych cech takich instytucji jest też dobra komunikacja z różnymi jednostkami administracji, z jednostkami samorządowymi, czy zagrożonymi właścicielami przedsiębiorstw, a także zwykłymi ludźmi. Instytutowi nie szło z tym najlepiej w nowej rzeczywistości społeczno – gospodarczej, ale zaczęto podejmować jakieś próby w tym kierunku. Temu wszystkiemu sprzyjała dotąd dotychczasowa struktura firmy – składała się z Centrali w Warszawie, oddziałów regionalnych (Kraków, Gdynia, Wrocław) oraz stacji terenowych. To zapewniało elastyczność w komunikacji oraz operatywność działania. Każdy z oddziałów miał pewną samodzielność oraz swoją obsługę organizacyjną i administracyjną.

Proponowana przez władze „optymalizacja” IMGW likwiduje samodzielność oddziałów, likwiduje stanowiska ich dyrektorów oraz obsługę organizacyjną i administracyjną. Całą strukturą po reformie będzie zarządzać administracyjnie centrala w Warszawie, pozostawiając bez żadnej obsługi zespoły merytoryczne w regionach. Do zwolnienia przeznaczono 150 osób z 1400 osobowej załogi. Dalsze 150 będzie miało zmienione warunki pracy i płacy. Dotyczy to praktycznie tylko pracowników regionalnych, centrala w Warszawie zostaje nietknięta. Pracownicy, podobnie jak i dyrektorzy oddziałów zostali poinformowani o tym wszystkim w tym samym dniu, co związki zawodowe. Było to równoznaczne z natychmiastowym uruchomieniem zwolnień grupowych.

Problem w tym, że za zmianami reorganizacyjnymi nie stoją żadne analizy problemów instytucji – choćby takich jak rozdęte do granic możliwości procedury biurokratyczne, ani identyfikacja wadliwie działających struktur, czy niepotrzebnych stanowisk. Co mogłoby uzasadniać i uwiarygodniać zmiany. Nie przeprowadzono też żadnych rozmów z pracownikami, by przygotować ludzi do zmian, czy zdobyć od nich informacje i opinie, które spowodują, że „optymalizacja” nabierze treści i sensu. Co najdziwniejsze przez półtora miesiąca od ogłoszenia zasad „optymalizacji” nie zebrała się w tej sprawie Rada Naukowa IMGW, choć jak mówi regulamin „Rada Naukowa jest organem stanowiącym, inicjującym, opiniodawczym i doradczym Instytutu w zakresie jego działalności statutowej oraz w sprawach rozwoju kadry naukowej i badawczo-technicznej.” Widać nikt z tego grona nie miał ochoty zadzierać z twórcami „optymalizacji”. Po rozmowach ze związkami widać było gołym okiem, że nowe kierownictwo z nikim rozmawiać, ani układać się nie będzie. Więc wynik głosowania, 9 do 8 dla zwolenników zmiany (przy pięciu wstrzymujących), jaki zapadł na spotkaniu Rady, która się w końcu odbyła pod koniec października, trudno uznać za sukces nowej dyrekcji.

Niezręcznie przypominać, bo to prawie banał, że głęboka zmiana organizacji pracy w firmie, w której efekty są oparte na wiedzy pracowników i synergii wynikającej z ich wspólnych działań udaje się tylko wtedy, gdy pracownicy uznają tę zmianę za swoją. Inaczej jest fikcją.

Literatura z zakresu psychologii zarządzania jest pełna przykładów na to, że zespoły nie zaangażowane w proces tworzenia zmian w instytucji, czy firmie mają przez następne lata znacznie gorsze wyniki pracy niż przed zmianami. W dodatku część załogi w takich przypadkach odchodzi z pracy – zwykle najlepsi.

Nieszczęścia chodzą parami, ale lepiej nie będzie

Instytut nie ma ostatnio szczęścia do szefów. Poprzednie kierownictwo zarządzające przez 8 lat firmą (do roku 2015) od kilku lat spędza czas w areszcie śledczym. Były dyrektor ma postawionych ponad dziewięćdziesiąt zarzutów korupcyjnych; nie tylko on zresztą. Ale nikt z tego towarzystwa nie odpowiada za zdewastowanie instytucji publicznej, czego byli współautorami. Nie odpowiada też za zniszczenie karier i rozwoju zawodowego setek pracowników tej instytucji. Nie ma bowiem takiego zwyczaju. Kadra zarządzająca państwowymi instytucjami jest w Polsce bezkarna. Można się więc spodziewać, że tym razem będzie podobnie. Modernizacja struktury, nie oparta o żadne diagnozy, ale widzimisię kilku osób, spowoduje niebezpieczne pogorszenie efektów pracy tej instytucji. Podejmowanie takich decyzji tylko po to, by zaoszczędzić osiem milionów złotych zagraża prawidłowemu działaniu specjalistycznego sprzętu, tysięcy czujników na stacjach meteorologicznych, milionów danych o aktualnych parametrach pogodowych krążących codziennie w sieci oraz zespołowi, który potrafi tę infrastrukturę obsługiwać oraz z niej korzystać. Co wobec zadań, jakie IMGW wykonuje jest groźne dla nas wszystkich.

Nieszczęście polega na tym, że problem IMGW nie jest jedynie wypadkiem przy pracy. To raczej wierzchołek lodowej góry stworzonej przez amatorską reformę gospodarki wodnej w Polsce. Niewielkim pocieszeniem jest fakt, że po dziesięciu miesiącach od rozpoczęcia tej reformy Minister Żeglugi Śródlądowej i Gospodarki Morskiej skierował do Sejmu propozycje by służby pogodowe, służby kontroli zapór i hydrogeologiczne były finansowane wprost z budżetu Państwa. Po pierwsze dlatego, że nie cofnie to planowanej pseudo reorganizacji IMGW, a po drugie nie zmienia to przyczyny problemów. Pomysł, by wodami zarządzało nastawione na zysk przedsiębiorstwo, które będzie narzucać ceny wody i bez społecznej kontroli przekształcać rzeki dla politycznych celów będzie nadal stanowić nieograniczone źródło podobnych, jak opisane wyżej problemów. Smutna to prognoza, ale wygląda na to, że przysłowiowe schody są jeszcze przed nami.

Roman Konieczny
Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej PIB
Oddział w Krakowie

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Kowal zawinił, cygana powiesili, czyli skutki amatorszczyzny w reformowaniu gospodarki wodnej

  1. to przerażająca analiza nieodpowiedzialności państwa za stan administracji polskimi zasobami wodnymi. Jako dorywczy obserwator i uczestnik projektów związanych ich z wykorzystaniem, odnotuję, iż w pewnym stopniu odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponoszą władze okresu przejściowego po zmianach demokratycznych w 1989, które nie przeprowadziły do końca reform zalecanych przez nieodżałowanej pamięci Bernarda Kaczmarka, francuskiego eksperta i doradcy rządowego. Chodzi zwłaszcza o autonomię finansową administracji odpowiedzialnej za politykę zlewniową. Prawodawca zatrzymał się w pół kroku co doprowadziło do narodzin brzydkiego kaczątka, zamiast wdrożenia modelu zintegrowanego zarządzania, wzorowanego na francuskich Agencjach Wodnych. Do powinności państwa należy bowiem nie tylko wprowadzanie i regulacja mechanizmów ekonomicznych związanych z wykorzystywaniem zasobów wodnych dla różnych celów, ale także jasnego i stabilnego systemu finansowania administracji i wsparcia technicznego dla ich użytkowników.

    • Święta racja. Należałoby tylko przypomnieć o co w tym pomyśle, jeszcze za rządów premiera Mazowieckiego chodziło. Ekipie, która kierowała wtedy ministerstwem Środowiska, czyli ministrowi Bronisławowi Kamińskiemu i jego zastępcy Henrykowi Słocie , przy której doradcą ze strony Rządu Francuskiego był właśnie Bernard Kaczmarek. Ten pomyśl miał tzw „Ręce i nogi”, w odróżnieniu od egzotycznych pomysłów kolejnych rządów. Przydałby się choć krótki tekst na ten temat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s